RSS
piątek, 24 września 2010

Indie. Spóźniony Bill Murray biegnie za pociągiem. Wyprzedza go Adrien Brody, który prawie bez wysiłku wrzuca swoje bagaże, a potem sam wskakuje do pojazdu. Na jego twarzy pojawia się lekki uśmiech wyrażający po trosze tryumf, po trosze współczucie. A w tle piosenka The Kinks „This time tomorrow”. Gdy pierwszy raz oglądałam ten film, już od tego momentu miałam przeczucie, że mi się spodoba.

Co zrobić, gdy więzi rodzinne stają się coraz słabsze i kontakt się urywa? Odpowiedź brzmi: kupić braciom bilety, wsiąść do pociągu w Indiach i zwiedzać kolejne świątynie, odbywając przy tym coś na kształt duchowej podróży.

Śmierć ojca sprawia, że bracia oddalają się od siebie, w przenośni i dosłownie. Wyjeżdżają z Ameryki (każdy w inne miejsce) aby uciec od problemów, ale okazuje się, że ich życie poza ojczyzną również nie należy do nieskomplikowanych. Najstarszy brat, dzięki przeżyciu, które odmienia jego spojrzenie na wiele spraw, postanawia naprawić relacje rodzeństwa. I w ten sposób mężczyźni lądują w długim, niebieskim pociągu.  Już po paru minutach zdają sobie sprawę, jak mało o sobie wiedzą. Wydawać by się mogło, że taki materiał stanowiłby świetne podwaliny na dramat psychologiczny. Nic bardziej mylnego! „Pociąg do Darjeeling” przepełniony jest nie tylko orientalną nutą i indyjskimi tradycjami ale też absurdalnym humorem, który kocham. To przede wszystkim zasługa świetnie skrojonych postaci. Francis, Peter i Jack ( w tych rolach kolejno Owen Wilson, Adrien Brody i Jason Schwartzman) są tak barwni, pełni dziwactw i szalonych pomysłów, że w mgnieniu oka zaskarbiają sobie sympatię widza. Wraz z indyjską scenerią tworzą przyjemny klimat, a  ciekawy i zaskakujący scenariusz jest źródłem naprawdę dobrej rozrywki. Kto chociaż trochę zna Andersona może przeczuwać, co go czeka.

Ten film to przygoda. Tygrys ludojad, śmiercionośny wąż, klasztor w Himalajach, dziwne obrzędy z zakopywaniem piórek plus te smutniejsze wątki (śmierć, wyrzuty sumienia, żal). Komiczna otoczka nie utrudnia odbioru bardziej dramatycznych treści. Zabawne dialogi i sytuacje nawet pomagają poznać prawdę o związkach międzyludzkich, bo o tym głównie „Pociąg…” jest. Oglądanie czegoś, co trudno zakwalifikować do jednego gatunku zawsze sprawiało mi  frajdę; lubię takie mieszanki.

Bardzo spodobała mi się ścieżka dźwiękowa, a utwór grupy The Kinks, który słyszymy na początku, stał się jednym z moich ulubionych. Dodam, że powstał 13 minutowy film, który przedstawia paryską przygodę Jacka, więc jeśli spodoba się Wam pełnometrażowa historia o braciach, na pewno z zainteresowaniem obejrzycie krótkometrażówkę z Jasonem Schwartzmanem i Natalie Portman. Z chęcią zapoznam się innymi dziełami Wesa Andersona. Jestem ciekawa, czy też tak bardzo przypadną mi do gustu. „Fantastyczny Pan Lis” zachęca recenzjami i ciekawym wykonaniem, a że młody reżyser nie ma jeszcze dużej ilości filmów w swoim dorobku, koniecznie muszę to zobaczyć.

Mam specyficzne poczucie humoru i wśród tylu głupawych komedii, które non stop zalewają nasze kina, naprawdę trudno jest znaleźć coś nie tylko śmieszy, ale broni się pod względem scenariusza. Żałuję tylko, że film kończy się już po 91 minutach. Tak więc, kto lubi takie klimaty, nie powinien być zawiedziony, a nawet być może (tak jak) zostanie oczarowany tą historią.

piątek, 17 września 2010

Po ciężkim dniu dobrze jest się zrelaksować przy niewymagającym kinie. Owszem, świetnie jeśli to, co oglądamy skłania do głębszych przemyśleń i pozostaje w głowie na dłuższy czas. Ale przychodzą również i takie chwile, kiedy ma się ochotę usiąść, rozluźnić i pozwolić oczom leniwie śledzić fabułę. I z takim planem w głowie, zabrałam się do oglądania "Wykolejonego".

Mawiają, że szczęśliwa rodzina to największa wartość i człowiek, który ją posiada powinien czuć się szczęściarzem. Główny bohater co prawda posiada rodzinę, ale można by się spierać, czy jest ona szczęśliwa. Jedyna córka choruje na najgorszą odmianę cukrzycy, a rodzice, którzy oddalają się od siebie coraz bardziej, oszczędzają od wielu lat, aby choć trochę ułatwić latorośli życie. Przewrotny los chce, żeby Charles spóźnił się na pociąg do pracy i spotkał uroczą Lucindę, która zdaje się mieć takie same problemy, jak nasz nieszczęśliwy bohater.A że wspólne cierpienie zbliża jak nic innego, w końcu przelotna znajomość zmienia się w coś poważniejszego. I mimo, że ten specyficzny związek nie został "skonsumowany" (chociaż niewiele brakowało) bohater daje zastraszyć się pewnemu podejrzanemu typkowi w czarnej czapce, który grozi, że powie o wszystkim żonie. Dalsza część to wybuchowa mieszanka absurdów. Bo czy jesteście w stanie uwierzyć, że mężczyzna wolałby dbać o dobro świeżo poznanej kobiety, oddać szantażyście pieniądze przeznaczone na leczenie córki, a wszystko po to, żeby żona nie dowiedziała się o rzekomej zdradzie? No właśnie...



Przewidywalność do główna wada tego filmu. W pewnym momencie jednak zdarza się coś, czego się nie spodziewaliśmy. I chociaż jest to tak nieprawdopodobne, że trudno w to uwierzyć, jesteśmy wdzięczni niebiosom, że wreszcie stało się coś, czego nie mogliśmy przewidzieć.
Na pewno nowością okaże się tu rola Jennifer Aniston, która przyzwyczaiła wszystkich do grania słodkich romantyczek. Na pewno nowością nie okaże się tu Vincent Cassel, który zaczyna kojarzyć mi się już tylko z podstępnymi, zachłannymi typami. A Clive Owen według mnie jest całkiem niezłym aktorem i powinien częściej pojawiać się w czymś ambitniejszym.

Mimo schematyczności, druga część filmu wnosi swego rodzaju powiew świeżości i tylko dlatego nie uważam tego filmu za bardzo słaby. I mimo, że podczas oglądania, możecie stwierdzić "zachowanie tego gościa jest kompletnie pozbawione logiki" nie powinniście się nudzić. Tak więc mój cel osiągnięty: po ciężkim dniu zasiadłam w fotelu i odpoczęłam.

środa, 15 września 2010

Filmy aspirujące do miana ambitnych czasami po prostu ambitne nie są. Widzowie narzekają, że akcja jest zbyt wolna i statyczna. Czasami wprost przeciwnie: scenariusz, który miał być inteligentny "zbiera baty" za uczynienie filmu przegadanym. I o to przegadanie martwiłam się, gdy pierwszy raz usłyszałam o "Michaelu Claytonie". Niesłusznie.

Szczegóły historii na którą składają się kłamstwa, losy firmy-giganta, kłamstwa, zmęczony prawnik, kłamstwa poznajemy bardzo powoli. Na początku obojętnie śledzimy poczynania nieznanych nam bohaterów, mówiących zagadkami, chowających się za pokerowymi minami i sztucznymi uśmieszkami. I właściwie nie wiadomo kiedy stajemy się częścią historii, której do końca nie rozumiemy. To nie zmienia jednak faktu, że na uchylenie kolejnego rąbka tajemnicy wyczekujemy z niecierpliwością. A gdy poznajemy już ogólny zarys wydarzeń, stajemy się świadkami ludzkiej demoralizacji, zastanawiając się, jak postąpilibyśmy na miejscu bohaterów. A odpowiedzi na te pytania nie są łatwe. Bo Gilroy nie stworzył na pewno filmu łatwego, przedstawiającego świata pełnego ludzi albo dobrych, albo złych. W "Michaelu Claytonie" wszystko jest szare. Szara i zużyta jest ludzka moralność i zasady. Szare są ulice Nowego Jorku. Nawet twarz George'a Clooney'a jest ponura.

 

Nie będę starała się dokładniej zarysować tutaj akcji, bo nie sądzę, aby miało to w tym przypadku jakiś sens. Oczywiście powodem, dla którego nie wyłącza się filmu po paru minutach jest zaciekawienie związane z rozwojem wydarzeń. Ale w tym przypadku było coś jeszcze: duży ładunek emocjonalny. To nie jest film, na którym będziemy płakać lub śmiać się do rozpuku. Ja czułam głównie bezsilność, poczucie niesprawiedliwości, niesmak, a scena z płatnymi mordercami, mimo że nie było w niej nawet kropli krwi, mną wstrząsnęła. Zostałam pozytywnie zaskoczona- zupełnie nie tego się spodziewałam.

Tilda Swinton za rolę w "Michaelu Claytonie" zdobyła Oskara. Postać przez nią grana nie wzbudza (przynajmniej u mnie) ani grama sympatii i może przez to jest dość charakterystyczna. Nie przywiązuję dużej wagi do tego typu nagród, więc nie kierowałam się tą wiedzą, podczas mojej oceny. Aktorka spisała się dobrze: musiała stać się osobą roztrzęsioną, próbującą bez przerwy zachować opanowanie. Domyślam się, że to łatwym zadaniem nie jest. Mi osobiście bardzo podobał się Tom Wilkinson w roli niezrównoważonego, ale za to posiadającego cenne informacje, prawnika.  Do  Clooney'a  też przyczepić się nie można. Ostatnia scena z jego udziałem była "w klimacie" i bardzo mi się spodobała.

 

Przegadanych "wielowątków" (jak to nazywam) tu nie uświadczycie; "Michael Clayton" to typ kina, które lubię: ciekawe postacie, specyficzny klimat, dylematy moralne no i trochę... pesymizmu. Pobudził moje szare komórki i obdarował średnim samopoczuciem, które kazało mi wyjrzeć za okno i pomyśleć: brud i zakłamanie.

 

wtorek, 03 sierpnia 2010

Nawet w szkole, która wyglądem przypomina wiekową budowlę i ma świetną reputację, może dziać się źle. Nawet przyjaźnie wyglądające dziewczęta w granatowych spódniczkach mają diabła za skórą. Między innymi to uświadamia widzowi obraz Jordana Scotta  „Cracks”. I chociaż dwa pierwsze moje zdania nie sugerują, żeby film przedstawiał coś nowatorskiego, to po obejrzeniu pozostała we mnie jakaś rysa (Z ang „crack”).

„Stowarzyszenie umarłych poetów” pokazało nam, że charyzmatyczny profesor, posługujący się nowatorskimi sposobami przekazywania wiedzy, nie tylko tej książkowej, ale także życiowej, jest na wagę  złota. Uczniowie patrzą na niego z podziwem, stanowi on dla nich swoisty wzór do naśladowania, nawet jeśli jego przełożeni nie patrzą na działania oryginalnego nauczyciela przyjaznym okiem. Podobną sytuację zastajemy w elitarnej brytyjskiej szkole dla dziewcząt. Tamtejsza panna G. w przerwach między skokami do wody, skokami na trampolinie i zwyczajnymi skokami, którym towarzyszą śmiechy i żarty, przekazuje nastolatkom cenne rady dotyczące ich przyszłości.  Mówi im, że są paniami własnego życia i potrafię dokonać wszystkiego. Relacja, która na pierwszy rzut oka wydaje się być zupełnie zdrowa, staje się źródłem przemocy i nadużyć. A siłą sprawczą tych działań staje się zazdrość o nieznajomą Fiammę. Panna G. wyraźnie zaczyna faworyzować nowo przybyłą uczennicę. Dziewczyna nie dość, że klasycznie piękna, to jeszcze posiadająca arystokratyczną krew. Ponad to  jest tajemnicza, zwiedziła niemały kawałek świata i przez to fascynuje młodą nauczycielkę, interesującą się podróżami i ponad wszystko ceniącą wolność.

.

Nowo przybyła  raz jest obiektem drwin, raz zdaje się przynależeć do grupy. Wszystko zależy od Di, kapitana całej „drużyny”. Jej silna osobowość ma duży wpływ na resztę dziewcząt. Gdy krzyczy „za nią!”, reszta bez namysłu goni biedną Fiammę. Trochę drażnił mnie ten autorytet, jakim się cieszyła. Przez to reszta dziewczyn wydaje się być niemyślącą zgrają, czekającą na rozkazy. Być może taki był zamysł twórców: ukazanie relacji panujących w zamkniętej klice. Gdy po wielu przejściach dziewczyny zaczynają akceptować nową koleżankę, pojawia się kolejny problem: panna G. Okazuje się, że jej podejście do życia różni się znacznie od tego, które reprezentuje przy podopiecznych.  W dodatku jej intencje względem Fiammy nie są do końca czyste. W końcu dochodzi do sytuacji, gdy ktoś za dużo widział, ktoś skłamał, ktoś ucierpiał.

Przyjemnie jest popatrzeć na piękne krajobrazy i poczuć  klimat lat trzydziestych. I chociaż nie przywiązuję dużej wagi do mody, to zwróciłam uwagę na kreacje Evy Green.  Jak dla mnie jest stworzona do tej roli. Tajemnicze spojrzenia, niebanalna uroda… To jej zasługą jest specyficzne napięcie, które można wyczuć między panną G. a Fiammą . Odnoszę wrażenie, że grająca zagubioną w nowym miejscu uczennicę María Valverde , miała się po prostu ładnie prezentować. I to jej wyszło świetnie. Zresztą cały film  był dla mnie ucztą dla oka. Wspomnę, że obraz nominowany był w 2009 roku do Złotej  Żaby.

„Cracks”  nie pozostawia obojętnym. Mnie przynajmniej wprowadził w dziwny nastrój.  Podobnie czułam się po obejrzeniu „Powrotu do Brideshead”. Nie utożsamiałam się z żadną z bohaterek, ale po obejrzeniu tego filmu poczułam dziwną pustkę. Trochę inaczej niż można by było się tego spodziewać, poruszył temat samotności, niespełnionych marzeń, chorego uczucia.

 

 

piątek, 18 czerwca 2010

Szara codzienność wielkich korporacji, drażniące światła jarzeniówek, posępne twarze. W takim środowisku poznajemy Jonathana- księgowego z prawdziwego zdarzenia: w okularach i z niemodną fryzurą. Jego zawód polega na współpracy z różnymi firmami i znajdowaniu błędów w ich księgowości. Ciągłe zmiany miejsca pracy, nowi ludzie, spojrzenia mówiące mu, że jest nieproszonym gościem. Jonathan czuje się samotny i obserwując jego życie , nie możemy mu się dziwić. Zresztą sam o sobie mówi: „Dla księgowych jestem wrzodem na dupie. Przez dwa tygodnie wstrzymują oddech, bo mogę wyłapać to, co spieprzyli. Dla pozostałych jestem tylko tymczasowym gościem od naprawiania błędów”. W końcu którejś nocy, sprawdzając poprawność kolumn cyferek, poznaje Wyatta- faceta, który jest jego przeciwieństwem. Nowy przyjaciel to człowiek przystojny, wysportowany i przebojowy. W dodatku jest uznanym prawnikiem. Ale nie z tych sztywnych stereotypowych prawników. Wyatt jest wystarczająco wyluzowany, żeby popalać trawkę w miejscu pracy. Te wszystkie czynniki sprawiają, że Jonathan jest zafascynowany nowo poznanym kolegą. Jego podziw jest tym większy, że Wyatt należy do „Listy”- czegoś w rodzaju stowarzyszenia zapracowanych wolnych strzelców, niemających czasu na nawiązywanie nowych kontaktów. Nieznajomi sobie ludzie umawiają się przez telefon i spotykają się w hotelu, żeby uprawiać niezobowiązujący seks. Wyatt to człowiek przyjacielski i współczuje Jonathanowi tego, że w swoim życiu spał tylko z paroma kobietami. Pozwala więc mu korzystać z własnych „kontaktów”. Księgowy po długim czasie abstynencji oczywiście korzysta z okazji.

„Deception” nie jest jednak, jakby się mogło wydawać po tym wstępie, filmem erotycznym. Cała seks-lista jest tylko tłem dla wydarzeń, które zaraz mają nastąpić. A są to niestety wydarzenia opierające się na znanych wcześniej schematach. Co prawda w thrillerze tym można uświadczyć momentów, w których widz czuje się niepewnie. Jest ich jednak stanowczo za mało. W miarę oglądania zdawałam sobie sprawę, że znam te motywy z innych filmów. Po dość krótkim czasie widz może domyślić się, którym postaciom nie może ufać i dlaczego. To, co jeszcze jest minusem „Deception”, to zakończenie. Widząc takie zamknięcie wątków nie pozostaje nic innego, jak tylko uśmiechnąć się ironicznie. Brak tu suspensu. A szkoda, bo zapowiadało się naprawdę nieźle. Specyficzny ciężki klimat wielkiego miasta, szare wnętrza, podobnie ubrani ludzie. Tym, co może bronić film, jest przyzwoite aktorstwo. Evan McGregor dobrze spisał się w roli zamkniętego w sobie księgowego. Ta postać mi po prostu do niego pasowała. Hugh Jackamn stworzył natomiast postać bardziej charakterystyczną i na dłużej zapadającą w pamięć. Film Marcela Langeneggera nie zachwycił mnie. Nie tego szukam w gatunku, jakim jest thriller. Nie lubię, oglądając poczynania aktorów, przewidywać z sukcesem ich kolejnego kroku. Fabuła, która na początku wciąga, później nie przynosi żadnych nowości, a na końcu porządnie rozczarowuje.

niedziela, 06 czerwca 2010

„Ostatni król Szkocji” to historia rozgrywająca się w latach 70 ubiegłego wieku w Ugandzie. Są to czasy niebezpieczne i brutalne. A główną przyczyną tego, jak uczy nas historia, najczęściej jest chęć dojścia do władzy całkowitej człowieka nazbyt ambitnego, rozchwianego emocjonalnie, bezwzględnie eliminującego swoją opozycję i jak się okazuje w filmie, nie tylko polityczną. 25 stycznia 1971 prezydentem niestabilnej ekonomicznie i gospodarczo Ugandy zostaje Idi Amin. Film pokazuje początki jego dojścia do władzy.

Właśnie tę sytuację zastaje szkocki lekarz Nicholas Garrigan, kiedy przyjeżdża do obcego kraju z idealistycznym postanowieniem służenia tym najbardziej potrzebującym. Młody, zbuntowany, oglądający się wciąż za płcią piękną chłopak staje się uczestnikiem wydarzeń związanych z krajem i kulturą, do których nie należy. To wszystko jest „nie jego”. O sytuacji politycznej w Ugandzie dowiaduje się w autobusie od przypadkowej osoby, nie zna nazwisk, motywów, jest za to zafascynowany postacią, która dzięki swojej charyzmie budzi w ludziach z jego wioski nadzieję na poprawę sytuacji w państwie. Wkrótce, dzięki zbiegowi okoliczności, zostaje prywatnym lekarzem ugandyjskiego prezydenta. Przyjęcia, pływanie w basenie, grillowanie, ciekawe pogawędki z najważniejszą osobą w kraju- młody lekarz staje się oczarowany takim stylem życia . Po pewnym czasie miejsce fascynacji postaci odgrywanej przez McAvoy’a zajmuje niepokój, a potem strach. Klaustrofobiczny lęk, którego doznać może człowiek niemogący wrócić do domu i zdający sobie sprawę z tego, że jego życie jest zagrożone, tworzy niesamowity klimat tego filmu. Dużą rolę odgrywa również ścieżka dźwiękowa. Składają się na nią nie tylko utwory ściśle związane z kulturą afrykańską- chwilami można było usłyszeć również ostrzejszą nutę i przysiąc bym mogła, że słyszałam gitary elektryczne.

Spodziewałam się tego, że Forest Whitaker poradzi sobie z rolą w tym filmie. Bo czemu nie? W każdym obrazie, który z nim oglądałam, tworzył postać przekonywującą. Jednak to właśnie w „Ostatnim królu Szkocji” zachwycił mnie najbardziej. To jest jego film, bez dwóch zdań. Świadczyć mogą o tym statuetki, które od daty premiery gromadził na swoim koncie oraz pochlebne opinie krytyków. Dla mnie jednak najważniejsze jest to, że wcielając się w rolę afrykańskiego dyktatora, potrafił mnie przestraszyć. Pokazał żądzę władzy, bezwzględność i szaleństwo, ani przez chwilę nie wypadając przy tym groteskowo. Nie oglądałam zbyt wielu filmów z Jamesem McAvoy’em, dlatego trudno mi powiedzieć, czy dał z siebie wszystko. Trzeba jednak powiedzieć że mimo, iż jego postać nie była tak charakterystyczna i zapadająca w pamięć, jak postać kreowana przez Whitakera, młody aktor nie pozostał bezbarwny. Widzowi nie jest trudno utożsamić się z Garriganem- człowiekiem niedoświadczonym, czasem naiwnym, przeżywającym rozterki moralne.


Kevin Macdonald, twórca słynnego „Stanu gry” z Russellem Crowem skonstruował coś, co jest i pouczające, bo przybliża nam sylwetkę ugandyjskiego prezydenta, i poruszające, bo obraz wzbudza silne emocje, nie będąc przy tym w niczym podobnym do typowego filmu sensacyjnego. Akcja jest budowana dość powoli, trzyma w niepewności po to, żeby wreszcie przyspieszyć i wcisnąć widza w fotel. Poza tym przyjemnie ogląda mi się filmy, których akcja rozgrywa się w miejscu tak różnym od zatłoczonych ulic USA.